Dua Lipa: Pozew o plagiat akcją reklamową?

Dua Lipa została niedawno pozwana o plagiat swojego najpopularniejszego utworu – Levitating. Zespół Artikal Sound System który twierdzi, że jest w tej sprawie poszkodowany, faktycznie nagrał utwór bliźniaczo podobny do tego przeboju. Jest tylko jeden problem – czy aby na pewno utwór powstał 3 lata przed „Levitating”? Mam ku temu poważne wątpliwości.

Był plagiat czy nie było?

Wszystkie wersje utworu „Live Your Life”, który jest rzekomo źródłem inspiracji dla Dua Lipy, zostały udostępnione na YoouTube tuż przed złożeniem pozwu. W chwili gdy piszę te słowa, najstarszy upload ma dwa tygodnie. W serwisach streamingowych typu Spotify, utwór jest w ogóle niedostępny (to będzie ważny detal). Starsza wersja znajduje się jedynie na portalu Soundcloud – ta ma 4 lata (Levitating powstał w 2020 roku, a więc 2 lata później). 

Zwróćcie uwagę na daty publikacji. Na YouTube nie ma starszych wersji utworu „Live Your Life”.

Jest tylko jeden problem. Soundcloud pozwala na podmianę pliku audio po uploadowaniu. Nie mamy więc pewności, że wersja utworu która obecnie widnieje na Soundcloudzie faktycznie jest tą pierwszą.

Tu pojawiają się pytania. Dlaczego zespół zdecydował się na pozew na 2 lata po publikacji przeboju, którego nie sposób było nie usłyszeć? I czy przypadkiem jest, że pozew zbiegł się z premierą nowego albumu tego zespołu? Wiele wskazuje na to, że pozew jest bardzo nieczystą zagrywką PR.

Jak stwierdzić, kto był pierwszy?

Kwestię podobieństwa utworów całkowicie tutaj pomijam. Są bardziej kompetentne osoby, które zajęły się tą warstwą. Polecam materiał Adama Nellyego, który dokładnie analizuje podobieństwo obu utworów.

Abstrahując jednak od kwestii teorii muzyki, interesujące z mojego punktu widzenia jest ustalenie, kto był pierwszy.

Nie jest to pierwszy pozew o plagiat wobec popularnego artysty, w ostatnich latach z takimi oskarżeniami mierzyli się Pharrel Williams i Robin Thicke, którzy „pożyczyli” kilka elementów ich przeboju „Blurred Lines” od Marvina Gaye. Za to zapożyczenie, muzycy musieli zapłacić rodzinie oryginalnego kompozytora ponad 5 milionów dolarów. Takich przykładów jest mnóstwo. Ustalenie tego, kto był pierwszy w przypadku utworu „Blurred Lines” było jednak dużo prostsze. Utwory dzieliły dekady. Tutaj mamy nieco trudniejszy przypadek, mamy jednak jedno pomocne narzędzie, które z całą pewnością wykorzysta sąd w tej sprawie.

Lata temu, w celu identyfikacji właściciela praw autorskich, opracowano międzynarodowy, 10-cyfrowy kod ISRC (International Standard Record Code). Jest to taki ISBN dla wydawnictw muzycznych.Jak pisze ZPAV, który takie kody przydziela rodzimym twórcom:

Dzięki identyfikacji wszystkich wyemitowanych nagrań dźwiękowych i muzycznych nagrań wideo, bez względu na format ich emisji, możliwe jest śledzenie tych nagrań w muzycznym łańcuchu produkcji i dystrybucji, co pozwala m.in. na skuteczniejsze zwalczanie piractwa fonograficznego.

Taki kod jest zapisany w pliku DPP, który jest niejako cyfrową matrycą fonogramu na płycie CD. 

Dla Lipa czy Artikal Sound System?

Sprawa byłaby więc prosta, gdybyśmy mówili o fonogramach wydanych na płycie CD. Co prawda kod ISRC można wydać również dla wydawnictwa w pełni cyfrowego, jednak każdorazowo należy o niego wystąpić. O ile proces wydawniczy albumów na CD był w jakimś stopniu znormalizowany, to nie możemy tego powiedzieć o procesie wydawniczym w domenie cyfrowej. Dzisiaj wystarczy bowiem nacisnąć „publikuj” w panelu Distrokid i dzieje się magia. Tu najprawdopodobniej mamy do czynienia z takim przypadkiem.

Jeśli Artikal Sound System by o taki kod wystąpił, byłoby w zasadzie po sprawie. A przypominam – utwór „Live Your Life”, który miała splagiatować Dua Lipa nie jest dostępny poza Soundcloudem. Zespół twierdzi w pozwie, że utwór był dostępny w serwisach streamingowych (co przy niezależnych wydawnictwach jest nietypowe), jednak obecnie wszystkie wersje są niedostępne. Album, na którym miał być zarejestrowany utwór jest również niedostępny w formie fizycznej, nie widziałem również żeby znajdował się w czyjejś kolekcji na Discogs. Na niekorzyść oskarżającego przemawia fakt możliwości podmiany audio w serwisie Soundcloud, gdzie istnieje jedyna wersja utworu, która jest starsza niż przebój „Levitating”.

Rozstrzygnięcie sprawy będzie w tym przypadku trudne, sąd będzie musiał orzec nie tylko o tym, czy podobieństwo utworów jest na tyle duże, żeby uznać je za plagiat, ale również to, czy utwór faktycznie został wydany wcześniej. Mamy więc do czynienia z ciekawą sprawą, gdzie może się okazać, że mało znany zespół próbuje wykorzystać gwiazdę pop o międzynarodowej rozpoznawalności do promocji swojej twórczości. Wszystko w myśl zasady, że nieważne jak mówią, ważne żeby nie przekręcili nazwiska. 

Komentarze:

Jak PC Audio obnaża hipokryzję branży High End

PC audio to nie nowość, jednak dopiero niedawno producenci audiofilskich zabawek zobaczyli niszę i zaczęli produkcję High Endowych komponentów do audiofilskich komputerów. Aktualnie obserwujemy fascynujący proces rozwoju tej branży i generowania popytu na nowe urządzenia. Niedawno prasa komputerowa rozpisywała się o audiofilskim dysku M2, ubiegły rok upłynął nam pod znakiem audiofilskich switchów sieciowych i routerów, a na początku tego roku SoTM pokazał kolejną iterację audiofilskiej płyty głównej. I każdy z tych produktów obnaża hipokryzję producentów akcesoriów High End.

PC Audio: Gdzie tu hipokryzja?

I puff, dzięki kilku zabiegom, chiński switch staje się high-endowym, audiofilskim switchem.

Jak wspomniałem, PC audio nie jest nowością. Dotychczas jednak chodziło po prostu o przystosowanie komputera do odtwarzania wysokiej jakości plików – wystarczała karta muzyczna dobrej klasy lub zewnętrzny DAC. I te komponenty dostarczali producenci, którzy mają bardzo bogate, technologiczne zaplecze. Problem w tym, że producenci high endu po prostu poczuli pieniądz. Zgodnie z powszechną opinią, że „w audio wszystko ma znaczenie”, w ostatnich latach coraz śmielej produkowane są akcesoria, które mają na celu zwyczajnie wyciągnąć hajs z kieszeni miłośników dobrego brzmienia. Te produkty powstają na bazie znanych już konstrukcji. Switch ethernet to czasem wprost D-Link w pudełku D-Linka z dodaną naklejką, czasami przelutowane, chińskie płytki w nowym, ładnym opakowaniu.

Przepakowywanie urządzeń w bardziej markowe pudełko nie jest jednak uważane za jakąś nieuczciwą praktykę rynkową. No dobrze, ale co w przypadku, kiedy u schyłku 2021 roku, koreański SoTM podaje informację prasową o premierze high endowej płyty głównej do zastosowań audiofilskich, która to płyta jest kompatybilna z wycofanymi ze sprzedaży procesorami Intel 8 i 9 generacji? Intel aktualnie sprzedaje już dwunastą generację procesorów, a audiofile otrzymują produkt, do którego kluczowy podzespół będzie leżakiem magazynowym lub będzie pochodził z drugiej ręki.

Innowacja po audiofilsku

Kiedyś, w tekście dotyczącym japońskiej marki Harmonix i ich przedziwnego nazewnictwa kolejnych produktów, zwróciłem uwagę na to, że firmy audio bardzo często w swojej komunikacji odnoszą się do stopniowego rozwoju. Ten rozwój ma polegać na kolejnym wprowadzaniu drobnych zmian do obecnych na rynku produktów, które nie są istotne, ale pozwalają na zobrazowanie ścieżki rozwoju. Rozwoju polegającego rzekomo na mozolnych odsłuchach kolejnych wersji produktu i wprowadzaniu zmian na ich podstawie. I oczywiście opinii klientów. To ma pokazać, że firma słucha klienta, a jednocześnie że rozwój produktu jest strasznie pracochłonny.

Audiofilski dysk M2 i jego… wykres brzmieniowy.

To pozwala na uzasadnienie wysokich cen. Takie „pomyśl audiofilu, ile to musiało powstawać!”. A odpowiednia cena jest konieczna w przypadku audiofilskich produktów nie tylko dlatego, żeby móc zachować pewną elitarność produktu i niedostępność (dla wszystkich Tonów Składowych, które chciałyby wścibsko taki produkt przetestować!). Również, a może przede wszystkim dlatego, że tego wymagają sami klienci. Tak, tak, dobrze słyszycie. W jednym z ostatnich odcinków Przeglądu Prasy Audio możecie usłyszeć jak sam konstruktor kabli zasilających na łamach High Fidelity mówił, że jego klienci zwracali jego produkt, twierdząc, że jest świetny, ale… zbyt tani. I to na producencie wymusiło wprowadzenie do oferty produktu droższego.

W kontekście PC audio takie uzasadnienia też bywają niezwykle zabawne. Niedawno, inna redakcja testująca pewien switch ethernet, stwierdziła, że skoro producent w cenie 12 000 złotych polskich sprzedaje 4 portowy switch w przestarzałym już standardzie 100 Mbit, to znaczy że tak po prostu brzmi lepiej. Potwierdzone odsłuchami! I nie wiem, czy to jest już syndrom sztokholmski, czy jeszcze zwyczajne mydlenie oczu.

High endowy switch, czyli jak to potem sprzedać?

I to jest najzabawniejsze. Jak zastępy audiofilskich redakcji śpieszą w powielaniu nektaru płynącego z ust chlebodawcy, wieszcząc wszem i wobec, że to nie są tanie rzeczy po prostu. I to nie tak, że akurat takie części zalegały na magazynie. Ich wybór to wynik setek długich, męczących sesji odsłuchowych starszawych panów, co to nie jeden kabel w życiu przerzucili. A po co kupować kolejne urządzenie? No po prostu dlatego, żeby było lepiej! Zresztą, zacytujmy wcześniej wspomniany fragment o switchu, niezbędnym w każdym porządnym systemie PC Audio!

Rzut oka na ścianę tylną i … nie ukrywam, że część z Państwa może poczuć lekką konsternację, bądź wręcz rozczarowanie. No bo jak to, 12 kPLN i tylko cztery (1 wejście + 3 wyjścia) porty? Ano tak to. W Innuosie liczy się bowiem nie ilość a jakość. (…) Na płycie głównej umieszczono serce tytułowego urządzenia, czyli kość zapewniającą … i tu kolejna niespodzianka – 100Mbit-owy transfer danych. (…)  Zanim jednak ktoś pierwszy rzuci kamieniem lub szyderczo zacznie drzeć łacha nieśmiało proszę o chociażby chwilę refleksji i zastanowienia ile tak naprawdę potrzebują do szczęścia transfery audio a to przecież właśnie im Innuos jest dedykowany. (…)  Dlatego też Portugalczycy doszli (na drodze empirycznej) do wniosków, iż właśnie „wolniejsze” chipy o wiele lepiej nadają się do celów audiofilskich aniżeli ich bardziej wydajne rodzeństwo.

Źródło: soundrebels.pl

Fakt, gigabitowy switch do transferu audio potrzebny nie jest, ale płacenie takiej kwoty za urządzenie zwyczajnie przestarzałe jest, no cóż. Dziwne. No i skoro już audiofile zadają sobie pytanie o to, czy wysokie transfery na switchu są potrzebne, to ja proponuję zadać inne pytanie:

Czy w prostej architekturze sieciowej, takie urządzenie w ogóle jest potrzebne?

Odpowiedź jest oczywista, jednak trzeba wygenerować popyt na nowy typ produktu. Taki, który będzie tani w produkcji, ale który jednocześnie każdy będzie mógł włączyć do „swojego systemu”. I dlatego w ostatnim roku mieliśmy prawdziwy wysyp tych urządzeń. Nikt nie zadaje zbędnych pytań o zasadność obecności takiego urządzenia. Pan redaktor X i pan redaktor Y twierdzą, że słyszą, więc trzeba kupić.

A tu żart: audiofilski procesor komputerowy.

Dlaczego nie doczekamy się audiofilskiego procesora?

Tymczasem właśnie High End wkraczający w świat PC audio pokazuje nam, że król co beztlenowe kable kierunkowe robi, jest zwyczajnie nagi. Nie zliczę, ile razy czytałem porównanie audiofilskich produktów do bolidów formuły jeden. Bo podobnie jak F1, takie urządzenia mają ponoć na celu pokonywać kolejne techniczne bariery. Tyle, że wcale tak nie jest. Audiofilskie systemy wcale nie są bolidami F1, a audiofilskie switche wcale nie pokonują żadnych technicznych barier. To nie są bezkompromisowe produkty których celem jest osiągnięcie jak największej wydajności. Gdyby tak było, audiofile kochaliby sprzęt studyjny. Ten, który pokazuje muzykę bez kolorowania, co wcale nie oznacza że bezbarwną i pozbawioną emocji. Jeśli trzymać się porównań samochodowych, to audiofilski komputer w którym wymieniasz kable SATA na srebrne i zasilacz na liniowy jest raczej golfem trójką z wydechem-atrapą, zamontowanym „reduktorem spalania paliwa” w zapalniczce i obniżonym zawieszeniem. Fajnie wygląda, przed kolegami na forum się pochwalisz, ale to dalej golf trójka.

Przekraczanie kolejnych barier w tak zaawansowanej technologii wymaga R&D z prawdziwego zdarzenia. Placówek badawczych, inżynierów i techników pracujących nad technologią produkcji urządzeń. Urządzeń, które faktycznie przekraczają kolejne bariery technologiczne. W sposób absolutnie i bezwzględnie mierzalny.  Trudno spodziewać się od firm audiofilskich, żeby inwestowały miliony w takie działy. Nawet pomimo ceny oferowanych produktów, należy pamiętać, że jej sporą część stanowi marketing. A to nie tylko opłacone bannery na audiofilskich stronach w zamian za recenzję, ale też spotkania z audiofilami, pokazy i wystawy. I właśnie dlatego, PC audio jest doskonałym papierkiem lakmusowym audiofilskiej ściemy. Bo nie zobaczymy tutaj nigdy prawdziwie high endowego sprzętu. To zawsze będzie półprodukt z nadrukiem „for audio”.

Komentarze:

J. Gordon Holt i jego lot technofantazji w dyskusji o audio

Za każdym razem, kiedy na audiofilskich grupach lub forach, ktoś promuje antynaukowe produkty lub koncepcje, kiedy tylko poddaje się w wątpliwość argumentację opartą o obecny stan nauki (czy to fizyki, elektrotechniki czy akustyki), pada argument kończący wszelką dyskusję: masz zamknięty umysł. Jak się okazuje, argument ten towarzyszy dyskusjom o audio już dobrych kilka dekad, a pojawił się właśnie w okresie, kiedy pierwsi kreatywni sprzedawcy rozpoczęli wykuwanie czegoś, co znamy dzisiaj pod nazwą „audiovoodoo”. No cóż, cytując założyciela magazynu Stereophile, jakim był J. Gordon Holt – ja tego nie kupuję.

J. Gordon Holt – recenzent niepokorny

Do napisania tego artykułu skłoniło mnie natknięcie się na cytat Justina Gordona Holta – inżyniera dźwięku, założyciela magazynu Stereophile i… jednego z ojców ruchu hi-fi. Holt urodził się w roku 1930, szybko zainteresował się zarówno elektrotechniką, jak i muzyką, co zaowocowało również pasją do nagrywania przedziwnych dźwięków. Jak wspomina w jednym z wywiadów – często nagrywał świerszcze na polu, przelatujące samoloty czy pociągi. Dziś nazwalibyśmy to field recordingiem, ale w czasach przed studiami eksperymentalnymi raczej nie znano tego terminu. Zanim założył Stereophile w 1962 roku, J. Gordon Holt pracował od 1953 roku w magazynie High Fidelity. Tym amerykańskim, rzecz jasna!

Holt zasłynął z wielu kontrowersyjnych tez. Nie bał się również – co w świetle dzisiejszej prasy audio wydaje się być rzeczą niebywałą, pisać negatywnych recenzji sprzętowych. Kiedyś, pisząc recenzję lampowego wzmacniacza, nie omieszkał wspomnieć, że recenzowany high-endowy sprzęt spalił 3 lampy, powodując nawet mały pożar. Te słowa poskutkowały wycofaniem reklam producenta wzmacniacza z magazynu High Fidelity, w którym w tamtym czasie pisał. Jak się więc domyślacie, nie był to człowiek, który dał sobie „w kaszę dmuchać” jeśli chodzi o kwestie techniczne.

Cytat, o którym pisałem wyżej, wybrzmiał w grudniu 1987 roku. Po przetłumaczeniu brzmi on:

Wiele z naszych przekonań nie opiera się na niczym więcej niż na bardzo wątpliwym osobistym przekonaniu, że skoro coś powinno być prawdą, to musi nią być. (Tradycyjna religia jest tego najlepszym przykładem.) Koncepcja, że przekonanie powinno mieć przynajmniej pewne obiektywne poparcie, jest wyszydzana jako „zamknięty umysł”, co stało się nowym epitetem. Aby uniknąć tego strasznego przydomka, oczekuje się od nas udawania, że jesteśmy otwarci na możliwość, że dzisiejszy lot technofantazji może okazać się jutrzejszą prawdą, bez względu na to, jak bardzo jest to nieprawdopodobne. Cóż, ja tego nie kupuję.

J. Gordon Holt, Stereophile, 25 grudnia 1987

Walka z audiovoodoo nie jest domeną współczesności

Warto tutaj przytoczyć kontekst tego cytatu, bo przecież wyciągnąć coś z kontekstu problemem nie jest. W artykule zatytułowanym L’Affaire Belt, J. Gordon Holt opisuje sprawę niejakiego Belta – twórcy akcesoriów, które dziś określamy jako Audiovoodoo. Belt miał usłyszeć, że mieszkanie w pobliżu linii wysokiego

Przykład innego produktu Belta: Krem elektretowy do smarowania. Należy wcierać powierzchnię pod przedwzmacniaczem, serio. Fot. Stereophile

napięcia jest szkodliwe dla zdrowia (owszem, jest) i ekstrapolował tę teorię na w zasadzie każde źródło domowego zasilania. Pierwszym jego produktem był „kabel” do uziemiania… słuchacza! Albo kota. Niezależnie od tego, co się „uziemiło”, brzmienie systemu audio miało się poprawić. Jak to działało? Jak podaje strona Positive Feedback, pan Belt wierzył, że jego produkty „zmieniają morficzne rezonansowe pole energetyczne otaczające dany obiekt”. Brzmi mądrze. Jak zwykle.

Pozostałe produkty produkowane przez Belta, a opisane przez Holta (jako urządzenia, w które uwierzyli nawet jego sceptyczni koledzy z redakcji) to:

  • Szczotka polaryzująca, która miała właściwość „dobrego” i „złego” spolaryzowania płyty winylowej, co oczywiście było demonstrowane na pokazach.
  • „Reaktywna folia elektretowa”, która jak się okazało wcale nie miała właściwości elektretowych.
  • Płyn „Sol-Electret”, który pozwala na polaryzację dowolnego obiektu za pomocą farby. Rzeczona farba to, według Belta „liofobowy koloid łączący specjalną mieszankę wysokiej jakości olejów smarujących i miliardów mikroskopijnych kulek PTFE”. Mądre, nie? Musi działać.

Jak więc widzicie, pan Belt upodobał sobie mądre stwierdzenia. Tyle że trafił na J. Gordona Holta, który skonfrontował jego teorie. I co? I pan Belt przyznał, że w rzeczy samej nie ma pewności, że sprzedawana farba to liofobowy koloid, a folia i szczotka robią „coś” z polaryzacją (czego?). Po prostu te mądre słowa pasowały panu Beltowi.

Tak na przykład wypowiada się audiofil o Reduktorze Szumu. „Zamknięty dobrowolnie umysł”. Fot: archiwum własne

I właśnie. Nie policzę ile to razy, kiedy czytałem dyskusję na temat bezpiecznika audio, kabla zasilającego czy popularnych ostatnio audiofilskich switchów ethernet, gdy tylko ktoś próbował wyjaśnić od strony naukowej czy technicznej, że sama koncepcja takiego akcesorium audiovoodoo jest absurdalna, spotykał się z gradem oskarżeń o zamknięty umysł. Z tą różnicą, że jak to w internecie bywa – wyrażonych z nieco mniejszą erudycją. Żeby daleko nie szukać – polecam poczytać komentarze w grupach audio na temat Reduktora Szumu. Można też wejść w sekcję komentarzy pod jednym z pierwszych filmów z jego serii o audiovoodoo. Przykład obok.

„Zamknięty dobrowolnie umysł”. Czy to miał na myśli J. Gordon Holt?

Bardzo często spotykam się w dyskusjach z argumentem, że czegoś jeszcze nie wiemy o dźwięku, sygnale audio czy czymkolwiek, czego dotyczy akurat dyskusja. Prawie zawsze pada wtedy argument „a bo kiedyś nie wiedzieli, czym jest jitter”. Anegdota ta pada w zasadzie zawsze, kiedy dyskusja toczy się o cyfrowym sygnale. Ma dowodzić, że przecież nie wszystko wiemy i nie wszystko rozumiemy. Wielką pychą byłoby twierdzić, że jednak wiemy wszystko i wszystko rozumiemy, jednak jak to zawsze bywa – to nie tak. Wiemy wystarczająco dużo i rozumiemy wystarczająco wiele, żeby stwierdzić, czy faktycznie w takim sygnale jest jeszcze „coś”. Są nawet metody weryfikacji takich nieznanych zmiennych (null test niech będzie najprostszym przykładem). A jitter? Faktem jest, że nie od razu wiadomym było, z czego zjawisko jittera, czyli odchylenia czasowego od charakterystyki sygnału, wynika. Faktem jest również, że od początku zjawisko to było obserwowalne. Mierzalne znaczy się, bo jitter jest słyszalny raczej tylko w ekstremalnych przypadkach.

Tak wygląda jitter. W uproszczeniu. Il. własna

I to właśnie jest to, co J. Gordon Holt określa mianem lotu technofantazji. To jest właśnie przekonanie, że to, co dzisiaj próbują nam wmówić producenci audiovoodoo, jutro może okazać się faktem. Przecież wielu z nich odwołuje się do zjawisk kwantowych. Niektórzy mówią o wibracjach kryształu kwarcu, nie rozumiejąc ich natury (tak argumentuje swoje produkty np. pan od Audiophile Rocks Obscurum). Przykładów można mnożyć niemal w nieskończoność, a wiele z nich opisywałem już na swojej facebookowej stronie. Synergistic Research – jeden z producentów kontrowersyjnych akcesoriów audio, skonfrontowany o jeden ze swoich kwantowych produktów przyznał, że wcale nie wykorzystuje on zjawisk kwantowych. Opis na stronie produktu to tylko próba naukowego wyjaśnienia tego, co słyszą twórcy tegoż. Brzmi znajomo? Pan Belt 35 lat temu mówił dokładnie to samo.

Lot technofantazji domeną audiofilów?

Odpowiadając na pytanie z nagłówka: nie tylko audiofile wygłaszają tezy, które można często uznać za szalone. Zdarza to się również profesjonalistom – ludziom, którzy z daną materią pracują od lat. Cytowany kiedyś na moim Facebooku Łukasz Bromirski, Dyrektor Techniczny polskiego oddziału Cisco opisał taką sytuację. Jedną z wielu, gdyż sam spotykałem na swojej drodze podobnych specjalistów. Bromirski pisał na swoim blogu w artykule dotyczącym audiofilskich switchów ethernet, że spotkał w swoim zawodowym życiu certyfikowanego inżyniera sieciowego. Ów inżynier przekonywał – przypominam – Dyrektora Technicznego CISCO, że patchcordy ethernet dołączane do telefonów IP Cisco zapewniają lepszą jakość dźwięku niż dowolne inne. Tak, mówimy tu o „jakości dźwięku” w telefonach IP, które obsługują sygnały o jakości gorszej niż ta oferowana przez pliki Mp3, którymi audiofile tak gardzą. Nie muszę chyba dodawać, że w podlinkowanym wpisie, wszelkie techniczne niuanse zostały wyjaśnione? No i owszem, teraz można powiedzieć: zamknięty umysł! Powtórzę więc słowa Justina Gordona Holta: nie kupuję tego, że kable ethernet wpływają na brzmienie telefonów IP. Nikt z nas nie powinien takiej argumentacji kupować.

Do czego więc dążę? Jak zwykle – do rzeczowej dyskusji na temat audio. Żyjemy w czasach, kiedy słowa, które wypowiadał J. Gordon Holt są aktualne jak nigdy dotąd. Jesteśmy zasypywani produktami audiovoodoo. Recenzenci sugerują nam, że jeśli nie wierzymy w to, że switch ethernet (sam nie wiem, co się ich tak czepiłem!) wykonany z tych samych komponentów, ale zamknięty w innej obudowie brzmi inaczej, jesteśmy płaskoziemcami. Tak, to autentycznie ukazało się w prasie audio. Takie zachowanie prowadzi do tego, że ci „normalni” audiofile, to jest po prostu pasjonaci sprzętu, na tym cierpią. Nie wierzysz w grające kable? Sceptyk! Nie słyszysz kwantowych bezpieczników? Płaskoziemca.

Rynek na audiovoodoo istnieje już długo i będzie istniał jeszcze bardzo długo. I mimo że są jeszcze rzeczy, których nie można objąć szlifowanym w żelazie rozumem, to jednak ten rozum powinien być dla nas drogowskazem. Chcesz kupić krem do smarowania preampu? Proszę bardzo, tylko nie chodź później po forach, mówiąc, że polaryzujesz sobie półkę kremem elektretowym.

A tu macie cytat Holta w formie obrazka. Bierzcie i szerujcie:

Komentarze:

Krzysztof Krawczyk był idolem młodzieży. Po prostu

Rzadko piszę o śmierci artystów, a jeszcze rzadziej o politykach, ale wpis na Twitterze prezydenta Andrzeja Dudy o zmarłym Krzysztofie Krawczyku zirytował mnie na tyle, że postanowiłem poświęcić tej tematyce niniejszy wpis. Bo osobiście uważam, że Krzysztof Krawczyk i jego muzyka przeżywały w ostatnich latach renesans. I to właśnie dzięki młodemu pokoleniu. Za co młodzież kochała Krawczyka?

Twitterowa burza o młodzież

Sam z Twittera nie korzystam. To siedlisko botów, polityków i dziennikarzy sportowych którzy kisną we własnych bańkach informacyjnych. Niemniej, niniejszy tweet Andrzeja Dudy szybko obiegł również inne media społecznościowe. Reagowali internauci młodego pokolenia, oburzenie było widoczne gołym okiem. Reagowało Vogule, tygodnik NIE, Aszdziennik, internauci młodego pokolenia, politycy. Poszło o to, że Prezydent stwierdził, że młodzi ludzie lekceważą taką muzykę.

Z oficjalnego konta Twitter Prezydenta Dudy

Muzyka Krzysztofa Krawczyka może rzeczywiście nie przemawia do każdego, warto mieć jednak na uwadze że artysta nagrał 40 albumów studyjnych, miał na koncie mnóstwo kompilacji, teledysków ale również albumy świąteczne czy ścieżki dźwiękowe do filmów. Krawczyk był po prostu wszędzie. I nie zawsze jego utwory były kolędami lub pieśniami biesiadnymi, Krzysztof Krawczyk nie bał się coverować np. Boba Dylana. Jego twórczości nie da się podsumować w kilku akapitach. Chciałem się jednak skupić na fenomenie Trubadura, nie na jego muzyce.

 

Dlaczego młodzież lubi Krzysztofa Krawczyka?

Krzysztof Krawczyk był jednak przede wszystkim niezwykłą osobą: szczerą i otwartą. Bo który inny artysta tego pokolenia miał odwagę mówić otwarcie o wciąganiu koksu czy wręcz udzielać wywiadu przy „dziwnym refleksie światła” w legendarnym już nagraniu po koncercie Turbadużych.

Niezwykły charakter Krawczyka udzielał się zresztą w tekstach utworów, do których nawiązywali twórcy „młodego pokolenia”. Ci zresztą chętnie rapowali o Krawczyku, a nawet wykorzystywali jego utwory do samplowania. Rapował o nim Borixon, Quebonafide, Krawczyk przewijał się u Szesnastego, a pod bit z „Trudno Tak” rapował nawet B-Real. Twórca projektu Unitr∆_∆udio, który dokonał wybitnej, chwalonej przez samego Krawczyka przeróbki utworu „Chciałem być” w wywiadzie dla portalu Vice mówił wprost:

Zawsze ze znajomymi mówiliśmy, że jest prekursorem tzw. gansta-popu. Te teksty i ta stylówa takiego dona, niemalże ojca chrzestnego, to jest właśnie to. Powiedziałbym nawet, że „Chciałem być” jest taki trochę hiphopowy. Te wersy o taliach kart czy skasowanych brykach, to jest hip-hop.

A warto też przypomnieć, dlaczego w ogóle Unitr∆_∆udio zajął się tym utworem.

Krzysztof Krawczyk na Hip Hop Kemp

To właśnie ci „młodzi” chcieli zobaczyć ojca chrzestnego polskiej muzyki na Hip Hop Kempie, jednym z najważniejszych festiwali tego typu. Powstało wydarzenie, które miało zachęcić organizatorów do zaproszenia artysty – Krzysztof Krawczyk Headlinerem Hip Hop Kemp 2016. W wydarzeniu udział zadeklarowało ponad 22 tysiące osób, a do udziału zachęcał chociażby Quebonafide, który deklarował wytatuowanie Krawczyka, jeśli do wydarzenia dołączy 50 000 osób. Finalnie do występu nie doszło, jednak już w 2018 roku Krawczyk zapraszał z widocznego wyżej vana na kolejną edycję HHK, a sam występował np. na Juwenaliach, gdzie frekwencja na jego koncercie była rekordowa. Rekord pobili zresztą sami studenci. Dokładniej – rekord w kategorii „Najwięcej osób śpiewających piosenkę rozrywkową„, kiedy to w 2096 osób odśpiewali „Chciałbym być” Krawczyka.

Queen na Wembley? Nie, to tylko Krawczyk na juwenaliach. I dwa circle pity.

Krawczyk zresztą był bardzo otwarty na nowości, w ubiegłym roku brał udział w #hot16challenge2. Widać Krawczykowi bardzo przypadły do gustu brzmienia Unitr∆_∆udio, bo swoje Hot16 zarapował właśnie do lekko trapowego bitu.

OG Krzysztof Krawczyk

Krawczyk był po prostu uosobieniem polskiego „OG”. Ojcem chrzestnym polskiej muzyki rozrywkowej. Bohaterem memów. Może nie wszystkie albumy i nie wszystkie utwory tego artysty przetrwały próbę czasu, ale jest wiele takich, które stały się ponadczasowe. I właśnie za te utwory, oraz za to, jaką Krawczyk był osobą, lubimy go najbardziej. W żadnym wypadku nie lekceważymy. No kto nie chciałby mieć takiego dziadka?

Krzysztofie, dziękujemy.

W młodzieżowym stylu: Press F to pay respects
Komentarze:

Zaślepki antyszumowe Cardas – złoty podział, czyli wzór na dymanie

Zaślepki antyszumowe! Chronią przed złem, z którego istnienia nie zdawałeś sobie nawet sprawy. Ale czy na pewno? Złoty podział jest jednym z haseł, którym producenci akcesoriów audio powiewają jak chorągiewką. Na rynku są dostępne kable audio o geometrii nawiązującej do spirali Fibonacciego i to już nikogo nie dziwi. Oferuje je firma Cardas. Ta zresztą wybrała ten charakterystyczny symbol na logo i umieszcza go na każdym produkcie. W tym odcinku audiodetektywa nie będzie jednak o geometrii przewodów, a o… zaślepkach antyszumowych na nieużywane porty. Na warsztat weźmiemy zaślepki Cardasa Noise Caps i Audiophile Rocks Termino.

Tak. Zaślepki. Takie zaślepki służą… zaślepianiu portów. I pomyślicie – co w tym dziwnego? Przecież Luxman czy inny Accuphase dodają takie zatyczki do swoich produktów. Mają one chronić przed kurzem czy korozją wtyków. W czym więc zaślepki Cardasa są wyjątkowe? (oprócz wygrawerowanego symbolu spirali Fibonacciego) Otóż mają one chronić również przed zakłóceniami EMI. I audiofile mają na to niezbite dowody.

Zaślepki ekranujące, brzmienie poprawiające

Na zaślepki trafiłem już kawał czasu temu. Pośmieszkowałem z koncepcji ekranowania nieaktywnego wyjścia w sprzęcie audio na moim profilu Facebookowym. Post przywołał audiofilski szwadron, który zarzucił mi, że nie mogę krytykować zaślepek, dopóki nie przetestowałem ich wpływu na brzmienie. A wpływ miał być oczywisty i słyszalny „już na NADzie”. Zaraz, wpływ na brzmienie?

Jak widać – na pewnym forum kupili tego całkiem sporo. I wszyscy słyszeli różnicę!

Przecież sama koncepcja ekranowania nie ma na celu poprawiania brzmienia, a pozbycie się problemu szumów. Nic jednak bardziej mylnego. Audiofile nie dość, że wierzą w brzmienionośne właściwości zatyczek ekranujących, to jeszcze porównują (wykonane przecież z tego samego stopu) brzmienie zatyczek różnych producentów. I mówimy tu o zaślepkach bezzwarciowych. Jeśli to nie jest audiovoodoo, to co nim jest?

Oscyloskop w służbie audiofila

I na pewnym forum rozgorzała dyskusja – zapoczątkowana przez propagatora różnych skrajnych rozwiązań. Kilkustronicowa kałoburza została zamknięta w końcu przez administratora, ale dostarczyła mi wszystkie informacje, jakich potrzebowałem. A mianowicie potężną dawkę mitów, które chciałbym moim testem obalić. Naczelnym argumentem przemawiającym za działaniem zatyczek ekranujących Cardasa jest film YouTube, na którym pewien pan pokazuje oscyloskop, na którego czynne wejścia zakłada magiczne zatyczki. Oscyloskop pokazywał szum, po założeniu zatyczek szum znika.

I wyjaśnijmy sobie od razu – tak, to nie jest jakiś montaż. Jest tylko kilka drobnych problemów:

  • Zaślepki są założone na czynne wejścia. W sprzęcie audio docelowo będą pracować na nieczynnych (a więc w pewien sposób odłączonych od obwodu) wejściach sygnałowych (a niektórzy zalecają stosowanie nawet na WYJŚCIA sygnałowe).
  • Na filmie nie pokazano skali problemu. Oscyloskop jest urządzeniem bardzo czułym, autor filmu nie pokazał jednak i nie wyjaśnił jak „mocny” szum redukuje za pomocą zaślepek. Być może oscyloskop został ustawiony na dużą czułość, żeby spotęgować efekt.
  • Jeśli oscyloskop był ustawiony na wysoką czułość, to założenie zaślepek powinno być wyraźnie widoczne w odczycie. O dziwo – nie było.
Zaślepki bezzwarciowe Cardas Audio

Postanowiłem odwzorować eksperyment, tym razem jednak pokazując jaką czułość ustawiłem na oscyloskopie. Szczegóły znajdziesz w filmie. Za pomoc w przeprowadzeniu eksperymentu dziękuję Warszawskiemu HackerSpace.

Zaślepki zwarciowe – Audiophile Rocks

Oprócz zatyczek bezzwarciowych, na stanie miałem również zatyczki zwarciowe od Audiophile Rocks, które otrzymałem przy okazji testu Audiophile Rocks Obscurum. Komplet 8 zatyczek Termino kosztuje $600, co jest już kosztem znacznym. Zasada działania tych zatyczek jest odrobinę inna. Jak sama nazwa wskazuje – zatyczki takie zawierają pin zwierający, który zwiera obwód. Tylko tyle i aż tyle.

Twórca tych zatyczek twierdzi, że są one ZNACZNIE lepsze od tych Cardasowych. Nie mówi czemu, po prostu są lepsze. Trust me, I am an audiovoodoo salesman! Podobnie jak kamień w kształcie stolca, „technologia” na której opierają się te zatyczki, bazuje na formule kryształów kwarcu i innych minerałów zamkniętych w takim akcesorium. Przy okazji poddałem więc testom również zwarciową wersję cudownych oczyszczaczy. Czy zadziałały? Zdradzę, że… tak! Ale jak zwykle – diabeł tkwi w szczegółach.

Wyjaśnienie pomiarów zatyczek antyszumowych

Jeśli jednak wolisz wersję pisaną, streszczę wyniki naszych pomiarów. Dokonywaliśmy ich w miejscu bardzo zanieczyszczonym falami elektromagnetycznymi. W HackerSpace znajduje się wiele maszyn przemysłowych, serwerownia, a obok nas jedna z osób pracowała nad swoim projektem, do którego wykorzystywała mnóstwo urządzeń pomiarowych. Było więc brudno.

Legenda – jak czytać odczyt oscyloskopu przy pomiarze zatyczek antyszumowych.

Do pomiaru wykorzystaliśmy oscyloskop RIGOL MSO5354, a więc jest to topowy przyrząd pomiarowy, kosztujący ponad 16 tysięcy złotych. Ponoć to ważne, przynajmniej dla audiofilów ;)

Poziom szumu w urządzeniu mierzyliśmy przy poziomie -116,6 dBV w zakresie sygnałów do 40 kHz. Dodam tylko, że próg słyszalności dla przykładowego sygnału sinusoidalnego o częstotliwości 1 kHz (najbardziej słyszalny zakres) wynosi około -100 dB. Jest to oczywiście założenie czysto „laboratoryjne”, a więc takie, gdzie przyjmujemy, że nie mamy w ogóle obecnych żadnych innych dźwięków. Dla sygnałów o innych częstotliwościach próg ten będzie oscylował w okolicy -50 do -60 dB (dane orientacyjne, w celu poglądowym). Na tym poziomie, szum który mierzymy, jest już szumem własnym oscyloskopu. Na zrzucie obok widać pik szumu na częstotliwości 1,9 kHz, który prawdopodobnie pochodzi z urządzeń pracujących w HackerSpace. Więc jeśli miałoby zadziałać, to właśnie tam. Piki były okresowe.

Przy zatyczkach antyszumowych marki Cardas, nie zarejestrowaliśmy w zasadzie żadnego wpływu na poziom sygnału. Efekt „oczyszczenia” widoczny w filmie reklamowym marki był zupełnie nieobecny. Poziom szumu własnego nie zmniejszył się w żadnym stopniu. Jednak zatyczki Audiophile Rocks pomogły już zredukować piki szumu o około 10 dB. Dużo? Zdecydowanie. Przypomnijmy jednak, że mówimy tu o poziomie szumu, który jest daleko poza granicą słyszalności. I że założyliśmy wtyczki na aktywne wejścia sondy oscyloskopu. Po drugie, nie udało nam się odwzorować zmniejszenia szumu własnego uzyskanego na filmie Cardas, zmniejszyliśmy jedynie okresowe piki szumu wychodzące poza szum własny sprzętu pomiarowego.

Złoty podział nie taki złoty?

Skoro to mamy już jasne, wyjaśnijmy, dlaczego dodatkowe zaślepianie wejść/wyjść w sprzęcie audio jest przynamniej… kontrowersyjną koncepcją. Zapewne w swoim wzmacniaczu zintegrowanym czy przedwzmacniaczu zauważyłeś selektor wejść, czasami jest to mechaniczny przełącznik, czasami przycisk czy pokrętło. W prawidłowo skonstruowanym sprzęcie (a zakładam optymistycznie, że tylko margines nie jest prawidłowo skonstruowany) gdy wybierasz źródło, dajmy na to odtwarzacz CD – z automatu dezaktywujesz wszystkie pozostałe wejścia sygnałowe. W różnych konstrukcjach mechanizm ten jest rozwiązany w różny sposób, ale najczęściej zwiera on nieczynny obwód do masy.

Mówiąc prościej: nie szumi.

To, czego boją się audiofile, zaślepiając swoje wtyki to szum elektromagnetyczny. O szumie tym mówiłem pokrótce w teście płytek Holfi the Magician, jest to niezwykły straszak na audiofila. I niestety – tutaj możemy mówić właśnie o strachu. Bo stan rzeczywisty, wykazany w pomiarach jest zgoła inny. Wiem, że pojawią się zarzuty o to, że oscyloskop to przecież nie sprzęt audio. Na tym się muzyki nie słucha. Prawda. Ale jest to sprzęt pomiarowy o wielokrotnie większej czułości, pozwalający nam zarejestrować problem, który mają adresować zaślepki antyszumowe z ogromną precyzją. O wiele większą, niż ludzkie uszy.

I tym razem, w pomiarach wyszło, że zwarcie AKTYWNEGO wejścia sondy oscyloskopu może faktycznie zmniejszyć mierzalnie poziom szumu. Problemem, jak zwykle, jest skala. Ponadto, żeby uzyskać analogiczny efekt na swoim sprzęcie audio, musiałbyś mieć założone zaślepki na czynnym wejściu. No i nie oszukujmy się – fakt, że w pomiarach wyszło, że Audiophile Rocks Termino obniża szum o 10 dB nie wynika z „wygaszania rezonansów” magicznym piaskiem w zatyczce zamkniętym, ale z tego, że te zatyczki zwierają aktywne wejście do masy urządzenia. Czyli w zasadzie robią to, co robi selektor.

Aktualizacja:

Jak zwykle, pojawiły się głosy mówiące o tym, że to badanie jest ważne tylko dla tego „zestawu” (!!!) na którym dokonywałem pomiaru, a gdzieś tam w eterze jest konsumencki sprzęt audio, który to zareaguje zmniejszeniem szumów własnych w odpowiedzi na założenie zatyczek antyszumowych. Czuję więc, że muszę wyjaśnić, dlaczego kilkukrotnie podkreślałem, że mamy tu do czynienia z aktywnym wejściem sondy oscyloskopu.

Otóż wyobraź sobie, że nieczynne wejście sygnałowe w Twoim sprzęcie audio jest tak czułe, jak aktywne wejście w sprzęcie pomiarowym. Trochę przypał, prawda? Dodajmy tylko, że jeśli nie jest uszkodzone a sprzęt został wykonany poprawnie – nie ma szans, żeby nieaktywne wejście sygnałowe było tak czułe jak aktywne wejście oscyloskopu. Dlatego tutaj założyliśmy opcję najgorszą z możliwych.

JEŚLI JEDNAK to Cię nie przekonuje i uważasz, że Twój sprzęt audio jest na tyle czuły, że zastosowanie w nim zaślepek antyszumowych jest słyszalne, skontaktuj się ze mną mailowo (adres w dziale „O mnie”) – chętnie wykonam pomiar szumu własnego i innych parametrów Twojego sprzętu audio z założonymi i zdjętymi zatyczkami antyszumowymi :)

Komentarze:

Spotify pozna Twoją osobowość i zaproponuje muzykę

Spotify spośród wszystkich serwisów streamingowych wyróżnia się przede wszystkim świetnie dopasowanymi sugestiami muzycznymi. Cotygodniowe playlisty „odkrywaj” czy spersonalizowane propozycje sprawiają, że mimo że nie korzystam z tego serwisu za często, stale płacę za dostęp do treści. Jak donosi portal Music Business Worldwide, niedługo treści proponowane przez Spotify będą jeszcze dokładniejsze, dzięki technologii śledzenia… osobowości!

Spotify pozna naszą osobowość

Tak, dobrze czytacie – śledzenie osobowości. Jakkolwiek by to nie brzmiało, przyszłość dzieje się już teraz. Spotify pozyskało niedawno patent na technologię pozwalającą określić stan emocjonalny, płeć, wiek oraz akcent, oraz wykorzystanie tych danych do rekomendowania użytkownikowi treści. Rozumiem z tego tyle, że algorytm zarekomenduje Ci odtworzenie Lynyrd Skynyrd, jeśli jesteś mężczyzną po 40 i posługujesz się południowoamerykańskim akcentem. Patent nazywa się bowiem „Identyfikacja atrybutów gustu z sygnałów audio”, i mimo że Spotify złożyło dokumenty na początku 2018 roku, to dopiero z początkiem stycznia patent został zarejestrowany w odpowiednim urzędzie.

Jak to będzie działać?

Tak wygląda schemat blokowy patentu zgłoszonego przez Spotify

Z całą treścią patentu możecie się zapoznać pod poniższym linkiem. Z grubsza, autorzy opisują tam metodę przetwarzania dostarczonego sygnału audio, zawierającego mowę oraz szum tła, oraz identyfikowania na tej podstawie treści muzycznych. W opisie stwierdzono wprost, że sygnał audio będzie przechwytywany przez mikrofon w telefonie. Aplikacja będzie zbierać dane podczas rozmowy telefonicznej lub korzystania z asystenta głosowego. Następnie, obrobione przez algorytm dane będą kategoryzowane ze względu na emocje. Mają w tym pomóc również „prozaiczne informacje” takie jak intonacja, poziom stresu, rytm i podobieństwo do jednostek mowy, co pozwoli na dalsze przetwarzanie tych informacji.

Co więcej, algorytm opracowany przez Spotify będzie brał pod uwagę środowiskowe metadane, takie jak odgłosy tła – drukarek w biurze, pojazdów na ulicy itd.

Czy Spotify będzie podsłuchiwać też nas?

A to inny patent, pozwalający na emisję reklam ze względu na geolokalizację użytkownika

Nasze dane są bardzo cennym zasobem, dzielimy się nimi czy tego chcemy, czy nie – również z producentami aplikacji, wliczając w to te płatne. Nie oznacza to, że ktoś będzie siedział w siedzibie Spotify i podsłuchiwał Twoją rozmowę z mamą, te dane są przechowywane w sposób zanonimizowany. Fakt złożenia tego patentu przez amerykański oddział Spotify nie musi też oznaczać, że w najbliższym czasie funkcjonalność ta zostanie zaimplementowana na języki inne, niż angielski.

Ponadto, Spotify posiada szereg patentów, które jeszcze nie zostały zrealizowane, jak na przykład reklamy korzystające z dźwięku 3d i geolokalizacji – w przyszłości użytkownicy darmowej wersji aplikacji usłyszą reklamę np. kina, kiedy będą koło niego przechodzić, a sama reklama będzie sprawiała wrażenie… wydobywającej się właśnie z tego kina. Ot, przyszłość!

Komentarze:

Jak wspierać muzyków podczas pandemii?

Powiedzieć, że obecnie muzycy mają ciężko, to tak jakby nic nie powiedzieć. Odwołany cały sezon koncertowy, przełożone premiery, trasy, festiwale, a na końcu władza, która mówi, że zawsze można się przebranżowić. I niestety, wielu naprawdę świetnych muzyków tak właśnie kończy – w halach magazynowych, jako kierowcy Ubera, co bardziej przedsiębiorczy prowadzą lekcje online. Smutna rzeczywistość. Poniżej przedstawię metody wspierania artystów, może dla wielu artykuł ten będzie bardzo oczywisty, ale ja jestem zdania, że zawsze warto przypominać o takich sprawach. Szczególnie że na szali jest kultura.

Wystarczy spojrzeć na OLIS, żeby wiedzieć, jacy słuchacze mają największą świadomość tego, jak wesprzeć muzyków. To nie są słuchacze jazzu ani rocka progresywnego – mimo rewolucji streamingowej, najwięcej fizycznych egzemplarzy w dalszym ciągu sprzedają raperzy. To nie tylko pokłosie popularności gatunku, ale też akcji edukacyjnych, takich jak „Kupujcie polskie rap płyty”. I to jest pierwsza, najprostsza metoda wspierania artysty – kupuj płyty! Zarówno artyści, jak i małe wytwórnie płytowe dwoją się obecnie i troją, żeby zwiększyć sprzedaż. Mamy świetne reedycje na płytach winylowych i coraz więcej wydawnictw na kasetach.

Kupuj od artystów

Pamiętaj, że najwięcej do kieszeni artysty wędruje kiedy sprzedaje swoje płyty lub tzw. merch bezpośrednio. Pierwszym punktem zaczepienia powinna być więc strona/fanpage artysty. Następnie, wytwórnie płytowe – te również dostały w kość, a wiele z nich robi świetną robotę wydawniczą i naprawdę stara się o klienta. Na przykład do dziś pamiętam, jak Monotype przy zakupie płyty Vokuro wysłało mi odręcznie napisane życzenia, ot tak. Mały gest, a wystarczył, żebym zapamiętał wytwórnię i co jakiś czas odwiedzał jej katalog. Takich wydawnictw jest dużo więcej, prowadzą je pasjonaci, potrafią zaskoczyć poligrafią, dodatkami do wydania fizycznego, starannością przygotowania i wyborem zespołów. Warto wspierać też ich. Co do płyt artystów z dużych wytwórni – no cóż. Czasami artyści sami nie wiedzą, ile dostają za jedną sprzedaną płytę. Kiedyś nawet to liczyłem, powiem tak: dosłownie grosze.

Na Bandcampie, cyfrowy album kupimy dosłownie za kilka dolarów/euro

Jeśli jednak nie lubisz fizycznych nośników, kolejny na liście powinien być Bandcamp artysty. Pieniądze za pobranie cyfrowej wersji albumu są w tym przypadku pomniejszane jedynie o prowizję serwisu. I to nie zawsze – Bandcamp prowadzi specjalną akcję wspierającą twórców – całkowicie rezygnuje z prowizji w wybrane piątki. Od marca do grudnia 2020 roku, dzięki tej akcji na konta artystów trafiło 40 milionów dolarów. Na ten moment, serwis zapowiedział, że akcja „Bandcamp Fridays” będzie kontynuowana przynajmniej do maja 2021. Żeby sprawdzić, kiedy jest najbliższy bandcampowy piątek, wystarczy wejść na stronę Is it Bandcamp Friday?

Zwyczajowo, ze środków które trafiają do Bandcamp, artyści otrzymują 80-85%

Sposób kolejny jest prosty i nie wymaga nawet dodatkowych nakładów finansowych. Wystarczy tylko, że będziesz… słuchał muzyki. Warto przy tym jednak wiedzieć jedną, bardzo ważną rzecz:

Ile artyści dostają za streaming?

Nie każdy wie, ile Spotify płaci artystom. A przecież na rynku jest jeszcze Tidal, Deezer, Amazon Music i nasz rodzimy Empik Music. Postanowiłem zasięgnąć wiedzy u źródła i zapytałem wprost, kilkoma kanałami każdy z serwisów streamingowych: ile serwis streamingowy płaci za 1 odtworzenie? Pamiętajmy, że stawka będzie zależna od wielu czynników, jednak znając zakres, będziemy mogli odpowiedzieć na pytanie – który serwis streamingowy płaci artystom najwięcej?

Minął miesiąc, a mimo przypominania, odpowiedź przesłał mi jedynie Tidal. I to zdawkową – wszystko jest na naszej stronie. Tylko że nie jest. Najbardziej smuci mnie, że nie poznałem stawek Empik Music. Skoro są w miarę nowi na rynku streamingu, mogliby dołączyć do akcji #fixstreaming. Kiedy, jeśli nie teraz? Bo cóż, przychody ze strumieniowania muzyki są symboliczne.

Przychody ze streamingu na Tidal, Spotify i innych

Zasięgnąłem więc do danych z zachodu, które nie muszą wcale przekładać się na zarobki naszych muzyków. Należy wziąć też poprawkę na to, że wypłacona kwota jest kwotą „do podziału” – w zależności od umowy z wydawcą/dystrybutorem, jaką posiada artysta. Największe kwoty artystom za streamowanie ich muzyki w 2020 roku płacił Amazon Music za treści Unlimited. Za jedno odtworzenie serwis płacił 0,012 $. Okrągłe 4 grosze. Drugi na podium jest niedostępny u nas Napster, który wypłaca 0,010 $ za odtworzenie. Nieco poniżej ponad 4 groszy. Ostatni na podium pod względem kwot wypłacanych ze streamingu  jest Tidal, z tym że jak pamiętamy – niektórzy artyści dostają tam więcej niż inni. Serwis Jaya-Z płaci 0,009 $ za odtworzenie.

Warto zaznaczyć, że w roku 2019 te kwoty były „znacznie” wyższe, jedno odtworzenie na platformie będącej liderem roku 2019 – Napster, było warte 0,019 $, więc niemal dwukrotnie więcej niż w roku 2020. Przypominam też, że kwoty wypłacane przez serwisy różnią się w zależności np. od tego, czy korzystamy z planu rodzinnego, czy płacimy pełną kwotę za usługę. Dlatego poniższe zestawienie należy traktować jako zawierające dane szacunkowe.

Poniżej zebrałem dane dotyczące kwot, jakie serwisy streamingowe wypłacały artystom za 1000 odtworzeń w przeliczeniu na złotówki (po kursie 1 $=3,7 zł). Kolorem czerwonym oznaczyłem usługi niedostępne w Polsce:

Źródło danych: Soundcharts.com, opracowanie własne.

Jak bardzo odległe są te liczby od rzeczywistości, świadczą głosy muzyków. Przykładowo, niemiecka artystka Zoe Zanias udostępniła swoje roczne podsumowanie wpływów ze Spotify. Za 476 100 odtworzeń, Zanias otrzymała 726 euro. Po przeliczeniu i konwersji walutowej wychodzi 0,0019$ za odtworzenie i niecałe dwa dolce za 1000 odtworzeń. Zresztą. Przeczytajcie, co artystka ma na ten temat do powiedzenia.

Kup sobie prawa do utworu

W ostatnim czasie ruszyła również giełda praw autorskich. Nie oszukujmy się – to rozwiązanie tylko dla artystów, którzy mają pokaźną bibliotekę autorskich praw majątkowych, a więc również nie tych, którzy podpisują obecne kontrakty z wytwórniami. Ale o tym kiedy indziej. Upraszczając sprawę: posiadając prawa majątkowe do utworu, możemy się ich zrzec na poczet innej osoby lub instytucji. W Stanach jest to potężny biznes, powoli wkracza również do Polski. W ostatnich latach powstała giełda ANote Music, na której artyści mogą odsprzedać do 50% praw majątkowych do swoich utworów. Dzięki temu artysta zyskuje często wielokrotność kwoty, którą otrzymałby z tytułu tantiem, za czasowe lub bezterminowe przekazanie praw majątkowych utworu. Zasada podobna do dywidendy na spółkach akcyjnych.

Panel ANote Music, profil należący do Piotra Koncy (IRA)

W katalogu ANote Music znajdują się między innymi prawa do utworów zespołu IRA – a konkretnie dwóch muzyków tegoż: Artura Gadowskiego i Tomasza Koncy. Z tejże giełdy dowiemy się również, jakie tantiemy uzyskują rocznie polscy artyści. I tak na przykład Gadowski podał, że za cały 2019 rok zarobił z tytułu tantiem od ZAiKS kwotę 2 818 Euro, katalog Koncy generuje z kolei roczny przychód w wysokości 4 161 Euro (ZAiKS i Stoart, również 2019 rok). Dużo? Mało? Osobiście uważam, że biorąc pod uwagę dorobek artystów (współpraca z Dawidem Kwiatkowskim, Patrycją Markowską, utwory w programach telewizyjnych itd.), te stawki są niskie. Jeden udział w prawach majątkowych artystów można kupić za około 7-8 Euro.

Jak wspierać muzyków po pandemii?

Pisząc ten tekst, mam świadomość, że oprócz tych ludzi, których widzimy na scenie, są jeszcze ludzie, którzy pracują dookoła tego biznesu. Oświetleniowcy, realizatorzy, obsługa techniczna. Firmy, które ze względu na wprowadzone ograniczenia, musiały zawiesić działalność w najbardziej dochodowym dla branży momencie, zadowalając się pojedynczymi koncertami. Firmy, które nie mogą liczyć na pomoc adekwatną do poniesionych strat, a których sytuacja jest nawet gorsza od sytuacji wielu muzyków. Nie ma bowiem źródeł alternatywnych, pasywnego przychodu, pomocy ze strony OZZ.

Mam więc nadzieję, że życie koncertowe wróci szybko do normy, bo to właśnie koncerty są najbardziej przychodową gałęzią przemysłu muzycznego.

No i po prostu mnie nosi od niedostatku dźwięków na żywo w 2020 roku.

Komentarze:

Taśmen w wydaniu audio, czyli najdziwniejszy zestaw na świecie

W 2009 roku wykopowicz o pseudonimie skrytek opublikował zdjęcie, które stało się legendą – prowizorycznie złożony zestaw komputerowy, w którym kable były oklejone taśmą. Na pytanie, dlaczego kable są oklejone taśmą, skrytek odparł:

Oryginalny, wykopowy Taśmen. #tylkonocny

Nie mam bladego pojęcia. Zawsze lubiłem taśmę.

Po czym wkleił zdjęcie, na którym stoi oklejony taśmą i dodał:

Jezusie, jaki ja byłem pierdolnięty z tą taśmą.

I tak właśnie narodził się Taśmen. Ludzie myślą, że istnieje naprawdę, a to tylko legenda. Czy jakoś tak. W każdym razie, jak się okazuje – Taśmen ma swoją audiofilską inkarnację. Rosyjska ziemia wydała na świat audiofila imieniem Jurij Anatolijewicz Makarow. Makarow, podobnie jak skrytek po prostu bardzo lubi taśmę. I sprzęt audio, więc przy okazji te pasje łączy. Ale po kolei.

Zdjęcia zestawu pochodzą z portalu Hi-Fi.ru, wykorzystano je za zgodą redakcji.

Taśmen w wydaniu audio

Zanim przejdziemy do kabli, pora opisać wszystko naokoło. Pokój, który jest zaadaptowany bardzo… ekstrawagancko, mierzy 16 metrów kwadratowych. Ze zdjęć można wywnioskować, że ma układ prostokątny, a Jurij ustawił kolumny w linii z krótszą ścianą. Kolumny stoją bardzo blisko siebie a cały zestaw stoi na racku na kółkach. Adaptacja akustyczna składa się z jasnego drewna, które owszem – wykorzystuje się w profesjonalnych ustrojach akustycznych, chociażby jako dyfuzor, ale… no jakoś nie jestem do tego przekonany. Szczególnie patrząc na to, co się dzieje za kolumnami. Zwisające z sufitu elementy drewniane bardziej przypominają tor przeszkód dla wiewiórek, niż przemyślany ustrój akustyczny. A jeszcze nawet nie doszliśmy do taśmy!

Dosyć ekstrawagancka adaptacja akustyczna. Może jest jakaś logika w tym chaosie? Źródło: Hi-fi.ru

Sam zestaw składa się z dosyć rzadkich i czasem unikatowych urządzeń. Kolumny Montana WAS (których nie udało mi się znaleźć na rynku wtórnym, żeby oszacować ich wartość), napędza autorski wzmacniacz lampowy o mocy 2 × 5 W. Wzmacniacz ten zapewnia jednak impedancję wyjściową 0,37 ohm przy impedancji wejściowej 5 ohm. Mało? Wystarczająco dużo, takie lampiaki wcale nie potrzebują Bóg wie jakiej mocy. Warto wspomnieć o kolumnach, o ile nie znalazłem dokładnie tego modelu – namierzyłem na rynku wtórnym inny model producenta, gabarytowo bardzo podobny. Nie ma sensu podawać ceny, jednak pozwolę sobie napomknąć, że jedna kolumna waży… 250 kg! Stojak z resztą zestawu waży kolejne 300 kg, każdy element na stojaku jest zamocowany do sufitu łańcuchami i dociążony płytkami. Jeśli się dobrze przyjrzymy, dostrzeżemy również przemysłowe tłumiki drgań zastosowane w racku. No cóż, ten pan się w tańcu nie pieści. I na dodatek lubi taśmę.

Nie taki tani zestaw Taśmena

Resztę zestawu dużo łatwiej jest znaleźć, a również jest to sprzęt topowy – odtwarzacz CD Mark Levinson 31,5 oraz DAC (przetwornik cyfrowo-analogowy) Mark Levinson 30,6. Trudno znaleźć ceny tych konkretnych modeli, dotarłem do ceny katalogowej DAC, która opiewa na 16 950 $, co na dziś daje około 65 000 zł. Biorąc pod uwagę ceny innych klocków ML, odtwarzacz CD może również kosztować między 65 a 80 tysięcy złotych brutto. No cóż. High-end to pasja. Podaję ceny w celach informacyjnych.

Przemysłowe tłumiki drgań plus dociążenie pod referencyjnym DAC marki Mark Levinson. Źródło: Hi-fi.ru

Na górze racka stoi gramofon Vyger Indian, który również jest sprzętem topowym – jest to urządzenie ręcznie wykonane we Włoszech. Taki gramofon z ramieniem tangencjalnym kosztuje według ceny katalogowej 53 000 $, czyli lekko ponad 200 000 złotych. Wchodzimy więc w system kosztujący pół miliona, nie wliczając zestawów głośnikowych i wzmacniacza.

Oraz kabli! W końcu taśma!

To nie rury, to naprawdę są kable audio! Źródło: Hi-fi.ru

Bo im głównie chciałem ów tekst poświęcić! Na pierwsze ślady zestawy Jurija Makarowa trafiłem, przekopując rosyjskojęzyczne fora już dobrych kilka lat temu. Użytkownicy wstawili zdjęcia przedstawiające montaż kabli, które  wykończone były srebrną taśmą pakową. Wyglądały jak wytwór nietrzeźwego wykopowego bohatera cytowanej na początku przypowieści – Taśmena. Na zdjęciach z montażu można było zauważyć, że kable te są „otulone” warstwą ochronną z… gąbki. Przed czym to ma chronić? Wibracje? 6G? Jaszczuroludzie? Doprawdy, nie wiem. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to fakt, jakim szczęśliwym dzieckiem musi być syn Makarowa. Nigdy nie zazna bólu dupska zlanego audiofilskim kablem. Lucky you!

Grubość kabli Makarova może dochodzić do „stopy dorosłej osoby”, jeśli dobrze translator to tłumaczy. Patrząc na zdjęcie obok, chyba można zrozumieć, o co chodziło autorowi. Wszystkie kable, z racji na swoją wagę, i oczywiście strach przed wibracjami, są podwieszone do sufitu łańcuchami. Tu nadmienię, że nie ma udowodnionej zależności między wibracjami przenoszonymi przez kable audio a jakąkolwiek zmianą w dźwięku, jednak wielu audiofilów twierdzi, że zmiany takie po zastosowaniu podstawek pod kable słyszy. Część z nich zaleca nawet wykonanie prostych podstawek z kartonowych rurek po papierze toaletowym. Może kiedyś.

Nie mam pojęcia, jakie konkretnie przewodniki siedzą w tej piankowej otulinie, ani jak dużo rosyjski Taśmen wydał na kable (czy chociażby na taśmę!). Z relacji osoby, która słyszała ten zestaw, wynika, że brzmiał on fenomenalnie, no ale czy nie o każdym drogim zestawie audio tak piszą? Kiedy widzę to dzieło, bo dziełem niewątpliwie można ten żywy organizm nazwać, targają mną mieszane uczucia – z jednej strony rozumiem ogromną pasję i zaangażowanie. Dążenie do jakiegoś upragnionego ideału. Tylko tutaj moim zdaniem to poszło… no, mocno za daleko.

Część adaptacji akustycznej. Źródło: hi-fi.ru

Najdziwniejszy zestaw audio

No bo jaką przewagę dadzą ekstremalne dociążenia i przemysłowe tłumiki drgań przy cyfrowym źródle dźwięku? Zmniejszenie THD o wartość błędu pomiarowego? Jaki sens ma owijanie gąbką i taśmą kabli, w tym zasilających? Przecież uszkodzenie kabla może się skończyć pożarem. Na zbyt grubą izolację, jako przyczynę potencjalnego pożaru uwagę zwraca chociażby UOKiK, który w swoim dokumencie pokontrolnym przewodów zasilających pisze:

rezystancja żył, grubość powłoki i izolacji, definiują czy mamy do czynienia z dobrze skonstruowanym przewodem elektrycznym. Jeżeli w przewodzie użyto złej domieszki metali i nie jest to przewód miedziany albo powłoka jest niewłaściwa (zbyt gruba lub zbyt cienka), to przy dłuższej pracy może dojść do przegrzania, zwarcia, a nawet pożaru całej instalacji.

Zanim więc zaczniecie, drodzy audiofile, na własną rękę modyfikować kable, zastanówcie się dwa razy. Miłość do taśmy izolacyjnej nie jest warta życia.

Akustyka – jeśli już robić…

Moje pierwsze spotkanie z Taśmenem – zdjęcie z montażu kabli głośnikowych. System kolorystyczny na kablach nie kłamie.

No i na końcu temat pod dyskusję – jak już się „dba” o akustykę, to warto to zrobić w sposób mierzalny i realny. Mikrofony pomiarowe i fizyka naprawdę nie gryzą, prosty mikrofon pomiarowy to koszt kilkuset złotych, oprogramowanie do pomiarów akustycznych jest darmowe. Są ponadto określone reguły tłumienia odbić i rozpraszania dźwięku. Osiągnięcie dobrej akustyki nie polega na wytłumieniu wszystkich odbić na każdej częstotliwości. Raczej na zredukowaniu istniejących problemów, które najpierw warto by stwierdzić. Natomiast tutaj mam wrażenie, że adaptacja została zrobiona „na pałę”. Nieregularne ustroje akustyczne – okej, tak się robi dyfuzory. Jednak nie wiem, czy zastosowanie adaptacji w stu procentach drewnianej, przynosi zamierzone, pozytywne skutki. Być może w tym szaleństwie jest metoda, a rosyjski Taśmen po prostu nie pokazał całości swoich ustrojów.

Co do reszty, nasz umysł naprawdę lubi płatać nam figle, co zresztą opisałem w artykule zatytułowanym testy audio – dlaczego nie zawsze warto wierzyć swoim uszom?

Jestem przekonany, że dużo lepsze efekty na finalny odsłuch ma samopoczucie słuchającego, niż większość ekstrawaganckich gadżetów wykorzystanych przez Makarova. Czy brzmi to pięknie? Najprawdopodobniej tak. Sprzęt tam siedzi w końcu pierwszoligowy. Tylko wygląda to wszystko jak quasimodo. I jestem przekonany, że zabrzmiałoby równie dobrze, bez wielu, szczególnie kablowych, udziwnień.

Komentarze:

Kroniki audiovoodoo – część pierwsza – rzecz o rozluźniającym kablu

Jako że bardzo aktywnie prowadzę profil na Facebooku, gdzie zbieram różne ciekawostki ze świata Audiovoodoo, postanowiłem zebrać najciekawsze moim zdaniem akcesoria o których tam już pisałem i przedstawić je w formie serii artykułów. Serię tę zatytułowałem „Kroniki audiovoodoo”, gdyż większość przedstawionych tam cudów to, no cóż – bzdury.

Seria ta ma na celu zebrać wszystko w łatwym do wyszukania miejscu, robię to również na prośbę osób, które nie mają dostępu do Facebooka. Zaczniemy z grubej rury, od czarodziejskiego kabla, który był moim pierwszym wpisem o audiovoodoo. Przeżyjmy to jeszcze raz!

Nameless Black – luz jazz

Pamiętam doskonale ten ciemny dzień, a dobrze pamiętamy zazwyczaj te dni, w których spotkało nas coś niezwykłego. Mnie spotkała poezja pana Wojciecha Pacuły z portalu High Fidelity. Spotkanie, którego z całą pewnością nie zapomnę do końca życia, ponieważ tak barwnych opisów wrażeń muzycznych nie widziałem nigdy. A spotkanie to odbyło się przy okazji rozbiórki interkonektu Nameless Black. Cóż, okazało się, że nieszczęsny kabel się wziął i się popsuł jednemu z użytkowników. Niezadowolony właściciel postanowił rozebrać ów drut. I ku jego zdziwieniu, kabel oferujący kwantowe właściwości, kosztujący niemało, bo 620 zł za 60-centymetrowy odcinek, to cieniutki drucik, niezbyt dbale przylutowany do najprostszej wtyczki. Właściciel kabla postanowił podzielić się budową wewnętrzną tego kabla ze światem. I tak też chcąc napisać post o tym kablu, po raz pierwszy zetknąłem się z machiną marketingową branży audio. W przekazach marketingowych przeczytałem, że interkonekt Nameless Black miał wykorzystywać geometrię fraktalną, co pewnie zadecydowało o jego cenie – bo jak wiadomo, kwantowe i fraktalne, brzmi skomplikowanie. Więc musi być drogo.

Tak oto właśnie wygląda rozłożony na czynniki audiofilski wąż Nameless Black. Autor: Nieznany

Ale najzabawniejszy był chyba opis wrażeń odsłuchowych, na które natknąłem się robiąc szerszy research do przygotowania postu. Wtedy właśnie trafiłem na mojego ulubionego dziś poetę. Pan Wojciech Pacuła o wpływie interkonektu Nameless Black na brzmienie pisał, co następuje:

Fortepian Możdżera z płyty z muzyką Daniela Blooma do filmu „Tulipany” (Warner Muzic Poland 77911-2) stał głębiej na scenie niż np. w The First Ultimate van den Hula, zaś sam muzyk był bardziej zrelaksowany i „wyluzowany”. Podobnie bas, który nie szokował konturowością i wyrazistością, a jego rola sprowadzała się do tworzenia atmosfery nagrania. Dobrze została uchwycona akustyka pomieszczenia, z nieco ciemną barwą i typową dla techniki dwumikrofonowej nieco ciemną barwą.

Źródło: High Fidelity, pisownia – niestety dla Warner Music Poland – oryginalna

Zaślepieni zaślepkami RCA

I tak zaczęła się moja przygoda, która tak naprawdę polega na pożeraniu ogromnej ilości tekstów branżowych wypychanych na portale audio, by tylko coś wypchnąć (o czym kiedyś napiszę, bo mechanizm działania tych portali jest przeciekawy). A im głębiej wchodziłem zarówno na portale, jak i na grupy/fora audiofilskie, tym bardziej okazywało się, że jedyną granicą jest granica wyobraźni twórców akcesoriów. Na kolejne pokłady audiovoodoo natknąłem się, przeszukując właśnie takie miejsca. Na jednym z for internetowch trwała właśnie zaciekła walka o to, czy zatyczki na nieużywane porty w sprzęcie audio mogą poprawić brzmienie sprzętu. Znalazł się taki, co to słyszał – również niezwykle kwiecistą mową obdarzony autor innego bloga, który zapewniał zarówno na forum, w swoim medium, jak i na grupach audiofilskich, że takie zatyczki wetknięte w nieużywane porty mogą zmienić zadziwiająco dużo.

Na nic zdały się tłumaczenia – jeśli nie słyszysz wygładzającego brzmienie działania zaślepek, jesteś płaskoziemcem… Oh, wait…

Na forum na nic zdały się argumenty audiofili, którzy negowali tę niedorzeczność. Otóż pan autor słyszał i basta. Najsampierw u siebie opisałem samo ustrojstwo. Zaślepki, które według producenta miały zabezpieczać urządzenia audio przed absorpcją szkodliwego promieniowania RFI i EMI poprzez nie używane wejścia RCA.

Tyle szumu o takie pierdki. Niedrogie, bo 50 zł za parę. Mógł być tysiąc!

Sęk w tym, że żeby port RCA zadziałał jak antena, kontakt sygnałowy gniazda musiałby wystawać poza pierścień masy.  Wlecieć tam może więc co najwyżej kurz. I okazało się, na co zwróciliście mi uwagę w komentarzach, że niektórzy producenci sprzętu audio dołączali takie zaślepki do swoich urządzeń w celu ochrony przed kurzem właśnie. No, ale jak dorobić filozofię i marketing, to mamy co następuje – zaślepki marki Cardass. Jest wielu innych producentów oferujących podobne akcesoria. Niektórzy użytkownicy porównują je nawet między sobą, o czym przekonałem się również dzięki komentarzom. Jeden z audiofili ekstremalnych podzielił się bowiem swoimi wrażeniami z odsłuchu zaślepek Cardass, właśnie w komentarzach pod moim postem. Według audiofila Marcina, Cardass zamulał brzmienie, a prawdziwie piękne wrażenia zapewniały tylko zaślepki Akiko Audio. No cóż, może jestem niereformowalny, ale czy ktoś porównywał markowe zaślepki do folii aluminiowej?

Filtr SPEC – jak zmienić drewno w hajs bez podniesienia inflacji

Filtr SPEC nie jest skomplikowanym urządzeniem, działać będzie, ale oferowanie takiej elektroniki za tak ciężki pieniądz jest co najmniej dyskusyjne.

W dalszym ciągu będąc pod wrażeniem twórczości pana Wojciecha, postanowiłem eksplorować jego stronę. W jej dolnej części, redaktor zamieszcza infografikę z aktualnym zestawem referencyjnym. Tam też dostrzegłem małe, niepozorne skrzyneczki. Okazało się, że były to filtry głośnikowe. Rzecz to prosta w konstrukcji – gniazda głośnikowe, kilka oporników, kondensator i jakieś cudo jeszcze, naciapane hot glue i tyle. Żadna to magia, chyba że zapytamy o cenę – 990 euro za parę. Czy działa? Jasne, w końcu podobnie działają zwrotnice głośnikowe. Sęk w tym, że taka wycena jest, mówiąc delikatnie – z czapki wyjęta.

Co ciekawe, pan Wojciech na opisanie pudełka z tymi czterema elementami poświęcił jakieś 15 000 znaków. Prawdziwy ocean tekstu. Tekstu, w którym recenzent nie zapomniał dodać, że konstruktor tej skrzynki jest jego przyjacielem. No cóż, jeszcze ktoś ma wątpliwości co do obiektywności prasy audio? Po opublikowaniu zdjęcia ze środka urządzenia pojawiły się głosy, że to fejk. I głosy te pochodziły nawet od osób handlującymi tą skrzyneczką. Kiedy jednak pytałem, czy mogę zobaczyć w takim razie wnętrze urządzenia oferowanego przez owych dystrybutorów, no cóż… cisza. A tam cisza! „Nie zaglądałem do środka”. Ale wiem, że to fejk! Wiara czyni cuda :)

Kroniki audiovoodoo – w kolejnych częściach

Akcesoria audiovoodoo, jeśli mają jakąś podbudowę merytoryczną, to opiera się ona na cherry pickingu. Czyli de facto merytoryczna nie jest. I o ile w przytoczonych powyżej przykładach producenci nie kwapią się o szerokie wyjaśnianie podstaw działania swoich produktów, to w następnym odcinku będziemy mieć do czynienia z prawdziwym festiwalem fikołków retorycznych. Przypomnę prezentowane już na moim Facebooku akcesoria akustyczne. Takie o co najmniej wątpliwym działaniu, ale również takie, które wprost odwołują się do… Feng Shui. No co, skoro o voodoo mowa, to czemu nie o innych obrządkach?

 

Komentarze:

Opłata reprograficzna – czy zapłacimy więcej za smartfony?

W ostatnich tygodniach w sieci zawrzało po tym, jak ZAiKS wskrzesił pomysł zaktualizowania opłaty reprograficznej, nazywanej również opłatą za czyste nośniki. Opłata reprograficzna doliczona jest do ceny każdego czystego nośnika lub urządzenia, które może służyć powielaniu utworu na własny użytek. I tak jest ona doliczona do ceny czystych płyt CD, DVD, dyskietek i kaset VHS. Ta opłata ponoszona jest przez producenta lub importera i trafia do organizacji zbiorowego zarządzania, która następnie wypłaca pieniądze artystom.

ZAiKS od lat próbuje zaktualizować listę urządzeń, za które pobierana jest opłata – o smartfony, tablety i smart TV. Media podają, że to użytkownik końcowy zapłaci za te urządzenia więcej, ZAiKS natomiast odpiera te zarzuty, twierdząc, że w żadnym kraju gdzie takie rozwiązanie funkcjonuje, ceny nie wzrosły. Jak to jest z tą opłatą reprograficzną? Czy rzeczywiście zapłacimy więcej za smartfony i inny sprzęt elektroniczny?

Kto pobiera pieniądze dla artystów?

Zacznijmy od samego początku – na polskim rynku działa kilka tzw. organizacji zbiorowego zarządzania, które reprezentują różne grupy zawodowe związane między innymi z muzyką i pomagają im egzekwować majątkowe prawa autorskie. Do najważniejszych OZZ reprezentujących muzyków w naszym kraju należą:

  • SPAM – Stowarzyszenie Polskich Artystów Muzyków. Członkami SPAM-u mogą zostać wykształceni muzycy (minimum II stopień szkoły muzycznej);
  • ZPAV – Związek Producentów Audio Video. Odpowiedzialny między innymi za przyznawanie wyróżnień takich jak złote płyty. Reprezentuje producentów muzycznych i reprezentantów pochodnych zawodów;
  • ZAiKS – Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych, który reprezentuje tych wszystkich, którzy są odpowiedzialni za powstanie utworu muzycznego;
  • SAWP – Stowarzyszenie Artystów Wykonawców Utworów Muzycznych i Słowno-Muzycznych.

Organizacji zbiorowego zarządzania jest na polskim rynku więcej, ale myślę, że wyżej wymienione dobrze obrazują złożoność procesu zarządzania prawami autorskimi. Nie wszystkie OZZ są tworem państwowym, to jest biznes jak każdy inny. Dobrze to obrazuje system amerykański, gdzie artyści mogą wybrać spośród kilku OZZ reprezentujących dokładnie ten sam obszar.

Teoretycznie w Polsce taka sytuacja jest również możliwa, nikt się jednak nie pokusił, by założyć konkurencyjną dla którejś z powyższych organizację. Zgodnie z obecnym kształtem rozporządzenia Ministra Kultury z 2003 roku, do pobierania opłat od urządzeń i nośników uprawnione są trzy organizacje zbiorowego zarządzania – ZAiKS, ZPAV i SAWP. Każdy z tych OZZ wypłaca więc pieniądze innej grupie artystów.

Po co aktualizować listę czystych nośników?

Obecnie mamy najstarszy w Europie system opat za czyste nośniki, na listę nośników objętych opłatą są wpisane nośniki, których się już nie produkuje lub po prostu wyszły z powszechnego użytku. Dlatego ZAiKS oraz inne OZZ proponują, w ślad za pozostałymi krajami Unii Europejskiej, zaktualizować listę nośników. Aktualnie, opłata reprograficzna jest pobierana na przykład od:

Na liście czystych nośników znajdują się kasety magnetofonowe, mimo że większość obecnie dostępnych, to leżaki magazynowe.
  • Producentów i importerów kaset magnetofonowych – aktualnie istnieje tylko dwóch producentów kaset magnetofonowych na świecie (do 2018 roku nie było ich wcale). W tym przypadku opłata wynosi 3% wartości sprzedaży nośnika;
  • Producentów i importerów kaset DAT – nie znam żadnego podmiotu, który obecnie produkuje ten nośnik. W tym przypadku opłata również wynosi 3%;
  • Producentów i importerów MiniDisców, ich w sklepie też już nie znajdziemy. Opłata jak wyżej;
  • Producentów i importerów kaset VHS/VHS-D, format całkowicie wyparty przez nośniki optyczne. Opłata również wynosi 3%;

W przypadku urządzeń elektronicznych audio, wysokość opłaty jest jednak niższa i waha się w granicach 0,05% w przypadku radia z odtwarzaczem płyt CD z funkcją nagrywania na FLASH, do 2,03% w przypadku magnetofonu. Nie wiem jak Wy, ale ja już od dawna nie widziałem magnetofonu w sklepie.

Za co ta opłata?

Aktualizacja opłaty reprograficznej zakłada wykreślenie archaicznych nośników i urządzeń i zaktualizowanie listy o bardziej nowoczesne urządzenia zdolne do powielania i utrwalania utworów muzycznych. Najwięcej kontrowersji wzbudza rozszerzenie wspomnianej listy o smartfony i tablety, które obecnie są głównymi urządzeniami, na których użytkownik końcowy słucha muzyki.

Kontrowersyjna jest również kwestia słuszności tej opłaty, wszak płacimy za abonament Tidal czy Spotify, a pieniądze w ten sposób przekazane trafiają finalnie do artystów. Nie jest to jednak i w zasadzie nigdy nie była opłata „za piractwo”, jak to okrzyknęły media. Opłata reprograficzna jest pobierana za urządzenia i czyste nośniki zdolne do utrwalania utworów w ramach użytku osobistego. Ustawa o prawie autorskim zakłada bowiem, że powielanie utworów na własny użytek jest dozwolone właśnie dzięki istnieniu opłaty reprograficznej.

Kto płaci opłatę reprograficzną?

Jak napisałem wyżej – opłatę reprograficzną uiszcza producent lub importer sprzętu elektronicznego, lub nośnika wpisanego na listę. W przypadku czystych nośników jasne jest, że producenci i importerzy najzwyczajniej w świecie doliczają te koszty do finalnej ceny nośnika. Tutaj koszt jest niewielki, nikomu więc nie wadzi. Problem ze smartfonami jest jednak taki, że nie są to tanie urządzenia, a media podają, że opłata reprograficzna wyniesie nawet 6%. Zauważmy, że obecnie najwyższa opłata pobierana jest za czyste nośniki i wynosi w przypadku nośników 3%, a sprzęt elektroniczny jest obarczony niższą opłatą reprograficzną. Zakładając jednak, że wartość ta jest prawidłowa, ktoś będzie musiał zapłacić 60 zł od każdego 1000 zł ceny końcowej smartfonu. Tylko kto?

Opłata reprograficzna jest bardzo klikalnym tematem, kiedy poda się wyliczenia. Tylko czy są one rzetelne? Źródło: https://bezprawnik.pl/podatek-od-smartfonow-i-tabletow-zaiks/

W przypadku telefonów komórkowych nie jest to takie oczywiste. Rynek tych urządzeń jest złożony i bardzo konkurencyjny. I niezrozumienie tej kwestii powoduje mnóstwo sporów. Dlatego postanowiłem zasięgnąć informacji od stron zainteresowanych.

Zwolennicy i przeciwnicy – dwie strony medalu

Skontaktowałem się z rzeczniczką ZAiKS, chciałem jednak pokazać dwie strony reprograficznego medalu. Zależało mi, na uzyskaniu zdania organizacji Nie Płacę Za Pałace. Jest to o tyle interesująca inicjatywa, że została zapoczątkowana przez Związek Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego Branży RTV i IT. NPZP powstało kilka lat temu, niejako na fali głośnej sprawy z Marcinem Węgrzynowskim – fryzjerem, który „ogolił ZAiKS”. Sprawa ta dotyczyła mandatu, który Marcin Węgrzynowski otrzymał za odtwarzanie muzyki w swoim zakładzie fryzjerskim. Finalnie pan Marcin sprawę wygrał i stał się twarzą akcji. Od lat Nie Płacę Za Pałace sprzeciwia się aktualizacji listy nośników i wypomina ZAiKSowi nierozsądne wydatki. Niestety, nikt z NPZP nie odpowiedział na moje pytania (jednak artykuł chętnie zaktualizuję, jeśli otrzymam odpowiedź). Dlatego skierowałem się do organizacji, która równie aktywnie sprzeciwia się aktualizacji opłaty reprograficznej – Stop ACTA 2.

Obu podmiotom zadałem te same pytania dotyczące opłaty reprograficznej za telefony komórkowe. Pytania dotyczyły tego, kto finalnie poniesie koszty za zaktualizowanie listy czystych nośników i urządzeń reprograficznych.

Oto odpowiedzi:

Elektronika taniała, odkąd tak naprawdę istniała. Dlatego trudno mówić wprost, że „cena na metce” będzie wyższa. Tego nie wiemy i tego nie jesteśmy w stanie wprost powiedzieć, bo elektronika tanieje, natomiast być może staniałaby dużo bardziej, gdyby producent czy importer nie musiał doliczyć opłaty reprograficznej. Powiedzmy, że telefon kosztuje obecnie 1500 złotych, mógłby kosztować za pół roku 1000 złotych, a będzie kosztował 1400 złotych.

Wyjaśnił Artur Witczak, aktywista organizacji Stop ACTA 2. Z kolei rzeczniczka ZAiKS, Anna Klimczak w rozmowie telefonicznej, powiedziała mi:

Z wieloletniego doświadczenia w europie, gdzie opłatą są objęte najnowocześniejsze urządzenia mobilne takie jak smartfony i tablety, wynika, że ceny nie wzrosły. Ceny są wynikiem gry rynkowej i zabiegów walki o konsumenta. Natomiast argument o rzekomych podwyżkach, które miałyby się pojawić po wprowadzeniu opłaty reprograficznej, nie znalazł odbicia w doświadczeniu innych krajów europejskich i w zasadzie nie wiadomo dlaczego producenci i importerzy sprzętu elektronicznego w Polsce mieliby działać według innych zasad.

Opłata reprograficzna – za czy przeciw?

Niezależnie od tego, czy aktualizacja listy czystych nośników i urządzeń reprograficznych zostanie uchwalona, mam nadzieję, że ten artykuł pomoże Wam spojrzeć na sprawę obiektywnym okiem i samodzielnie ocenić sytuację. Jak widzicie – nie jest to takie proste, jak czytamy w nagłówkach prasowych. Nie wystarczy też obliczyć procent od kwoty, by z całą pewnością stwierdzić, że o tyle wzrosną ceny elektroniki. Jasne, że takie artykuły będą się świetnie klikały, ale pamiętajmy, że stawką są tutaj wynagrodzenia dla artystów. A więc wypadałoby zgłębić sprawę, zanim wyda się osąd.

 

Komentarze:
Exit mobile version